poniedziałek, 28 września 2009

Trasloco...

...albo jak kto woli "cambiamento di casa", a po polsku "przeprowadzka". Wyjazd z Perugi (z łezką w oku), przyjazd do Rzymu, rozpakowanie, pierwszy wieczór już bardziej "u siebie", a teraz przede mną pierwsza noc.
Przesądny nie jestem (a przynajmniej staram się nie być), więc nie zastanawiam się nad tym, co mi się przyśni. Raczej poszukam gdzie indziej "programu na Rzym".
***
A w Ewangelii słyszę: Kto (...) jest najmniejszy wśród was wszystkich, ten jest wielki. I dziś te słowa na nowo stają się dla mnie aktualne. Bo też trzeba mi się uzbroić w pokorę i przywdziać zbroję prostoty.
I bardzo chcę, żeby to były nie tylko słowa. Nie będzie łatwo? Na pewno! Za wiele we mnie "starego człowieka". Ale jak będzie rzeczywiście, to nie wiem... Poczekam.
Dziś zaczynam nowy etap. I mam nadzieję, że nie będzie to tylko fizyczne "trasloco"... Otrzymałem na to wyjątkową szansę!

niedziela, 27 września 2009

Lepiej jest...

...dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła...
Na co dzień zdaję się nie dostrzegać tej prawdy, że grzech towarzyszy mojemu życiu, że jest (niestety) jego integralną częścią - i to już od pierwszych chwil "używania rozumu". Nie oznacza to jednak, że go nie ma.
Z drugiej zaś strony nie mogę "przeceniać" jego roli! Nie może być tak, że to grzech "kieruje" moimi poczynaniami, że jest pierwszą i ostatnią sprawą moich dni!
Co mam zatem czynić, by tak się nie działo? Jezus mówi dziś wyraźnie: Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; (...) I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; (...) Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je...
Wstrząsające te słowa, są takie właśnie po to, by mnie pobudzić do myślenia. Jednak nie o tym, "jak będę "wyglądał/a" bez nogi czy ręki?", ale o tym, "co się ze mną stanie, jeśli nie pozbędę się przeszkody na drodze do Zbawienia?".
Jezusowi nie chodzi więc (broń Boże!) o to, byśmy stali się "kalekami cielesnymi", ale o to, byśmy nie byli "kalekami duchowymi"! Grzech bowiem jest ciężką chorobą ducha, która potrzebuje radykalnego (ale i skutecznego) leczenia - najczęściej właśnie "amputacji" tego, co powoduje samą chorobę.
Nie mam więc, co żałować tych obszarów mojego życia, które - chociaż może nawet (o zgrozo!) podobają mi się, to jednak niechybnie prowadzą do mojej i (najczęściej także) cudzej zguby!
"Do nieba" bowiem "idzie" nasza dusza, a nie ciało! Zadbajmy więc bardziej o to, co trafi tam, niż o to, co pozostanie tutaj. Tak będzie naprawdę lepiej - i dla nas i dla innych!